bieżący cel
(słowa na minutęznaki / min.)
0
WPM
poziom
najwyższy osiągnięty cel
0
WPM
dzisiejsza statystyka
ukończone ćwiczenia
0
napisane znaki napisane słowa
0
czas ćwiczeń
0
15m
25m
45m
1h
całościowa statytsyka
ukończone ćwiczenia
0
napisane znaki napisane słowa
0
czas ćwiczeń
0
*dokładność ≥ 90%
poprawnie
(< 90%)
słowa na minutę
(cel)

Ćwiczenie pisania: "Chłopi. Część pierwsza - Jesień" Władysław Stanisław Reymont

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Pełny tekst do ćwiczenia

Ćwiczenie pisania: "Chłopi. Część pierwsza - Jesień" Władysław Stanisław Reymont

zamknij i zacznij pisać
Zaczęło się przesłuchiwanie świadków. Najpierw świadczyła poszkodowana, Dominikowa - a zeznawała cichym, nabożnym głosem i przysięgała co chwila przed tą Częstochowską, jako świnia jej, i żegnała się, i biła w piersi, że prawda jest, jako ją ukradł z pastwiska Kozioł, i nie żądała od prześwietnego sądu kary na niego, niech mu już tam Jezusiczek czyśćca za to nie pożałuje - ale domagała się wielkim głosem sądu i kary za to, że tak spostponował ją i Jagnę wobec całego narodu. Świadczył potem Szymek, syn Dominikowej; czapkę powiesił na rękach złożonych jak do pacierza, oczów nie spuścił z sędziego i jękliwym, nieprzytomnym głosem zeznawał, że świnia była matczyna, że białna była cała, a ino kiele ogona czarną łatę miała, a ucho rozerwane, bo ją był Łapa Borynowy chycił na zwiesnę, a tak kwiczała, że chociaż w stodółce był - usłyszał… Potem zawezwano Barbarę Piesek i innych. Świadczyli po kolei i przysięgali, a Szymek wciąż stał z czapką na rękach, wpatrzony pobożnie w sędziego, a Kozłowa darła się za kratę z krzykiem zaprzeczań i złorzeczeń, a Dominikowa ino wzdychała do obrazu, a poglądala na Kozła, który skakał oczami, nasłuchiwał, a obzierał się na swoją Magdusię. Naród słuchał uważnie i raz wraz szmer, to uwagi złośliwe albo śmiech się rozległ głuchy pod powałą, aż Jacek musiał przyciszać groźbą. Sprawa ciągnęła się długo, aż do przerwy, w której sąd poszedł do sąsiedniej izby na naradę, a naród wysypał się do sieni i przed dom odetchnąć nieco: kto pojeść zdziebko, kto ze swoimi świadkami się zmówić, kto wywodzić krzywdy swoje, a jenszy znowuj wyrzekać na niesprawiedliwość a pomstować, jak to zwyczajnie bywa na rokach. Po przerwie i odczytaniu wyroków przyszła na stół sprawa Boryny. Jewka stanęła przed sądem i pohuśtując dziecko, obwinięte w zapaskę, jęła płaczliwie wywodzić krzywdy swoje i żale; jako służyła u Boryny i pracowała, jaże jej kulasy ustawały, a nigdy dobrego słowa nie usłyszała, kąta nie miała na spanie ani jadła dość, że się u sąsiadów pożywiać musiała, a potem zasług nie zapłacił i z jego własnym dzieckiem wygnał ją w cały świat… buchnęła w końcu ogromnym płaczem i rzuciła się na kolana przed sędziami z krzykiem: - Krzywda to moja, krzywda! a dzieciak jego, prześwietny sądzie! - Cygani jak ten pies - mruknął Boryna ze zgrozą. - Ja cyganię?! A dyć wszystkie, a dyć całe Lipce wiedzą, że… - Żeś suka i latawiec… - Wielmożny sądzie, a przódzi to mi ino mówili: Jewka, Jewuś, i jeszcze słodziej, a to mi paciorki przywieźli, a to często gęsto bułkę z miasta i mówili: "Naści, Jewuś, naści, boś mi najmilejsza…" - a teraz, o mój Jezu, mój Jezu!… - poczęła ryczeć. - Cygan, jucha, możem cię jeszcze pierzyną przyodział i mówił: "Śpij se, Jewuś, śpij!…" Izba zatrzęsła się śmiechem. - Abo nie, co? Abośta nie skamłali, jako ten pies przed drzwiami, abośta mało obiecowali, co? - Loboga, ludzie, że to pierun nie zabije taką pokrakę? - zakrzyknął zdumiony. - Wielmożny sądzie, cały świat wiedział, jak to było, całe Lipce mogą przyświadczyć, co prawdę mówię. Służyłam u nich, to mi cięgiem spokoju nie dawał. O biedna ja sierota, biedna!… O dola moja nieszczęśliwa!… Abo tom się mogła obronić przed tylim chłopem?… Krzyczałam, to mę sprał i zrobił, co chciał… A gdzież ja się podzieję z tym dzieciąteczkiem, gdzie?… Świadki powiedzą i przyświadczą! - wołała wśród płaczu i krzyków. Ale świadkowie w rzeczywistości nic nie zeznali prócz plotek i domysłów, więc znowu jęła dowodzić i przekonywać, aż w końcu jako ostatni dowód rozpowiła dziecko i położyła je przed sędziami; dziecko wierzgało nagimi nóżkami i krzyczało wniebogłosy. - Wielmożny sąd sam obaczy, czyje ono; o, ten ci sam nos kiej kartofel, te same bure ślepie i kaprawe… Kropla w kroplę nikt jenszy, jeno Boryna!… - wołała. Ale już i sąd nie mógł powstrzymać się od śmiechu, a naród aż huczał z uciechy, przyglądali się dziecku, to Borynie i raz wraz ktoś powiedział: - To ci pannica, kiej ten pies odarty ze skóry! - Boryna wdowiec, ożeniłby się z nią, a chłopak zdałby się do pasionki… - Lenieje ci ona kiej krowa na zwiesnę. - A urodna! jeno grochowinami przytrząść i w proso wsadzić - wszystkie gapy uciekną… - Już i tak psy uciekają, kiej Jewusia bez wieś idzie!… - A gębusię ci ma kiej pomyjami wymalowaną… - Bo gospodarna, raz w rok się myje, coby na mydło nie wydawać… - Żydom w piecach pali, czasu nie ma, to i nie dziwota! Dogadywali coraz złośliwiej i okrutniej, a ona zmilkła i nieprzytomnymi oczami psa zgonionego patrzyła po ludziach i ważyła coś w sobie… - Cichojta! To grzych tak się naśmiewać nad biedotą! - krzyknęła Dominikowa tak mocno, aż pomilkli, i jaki taki drapał się po łbie ze wstydu. Sprawa skończyła się na niczym. Boryna poczuł niezmierną ulgę, bo chociaż nie był winien, ale zawżdy bojał się ludzkiego obmówiska, no i tego, że przysądzić mogą, by płacił - bo prawo juści jest ci takie, że nikiej nie wiada, kogo za łeb chyci, winowatego czy sprawiedliwego. Bywało już tak nie raz, nie dwa, nie dziesięć… bywało. Wyszedł zaraz ze sądu i czekając na Dominikową, jął medytować i rozważać w sobie całą tę sprawę. Nie mógł zrozumieć, po co i dlaczego skarżyła. - Ni, to nie jej rozum i głowa, to jenszy, ktoś drugi przez nią sięga, ale kto?… Poszli z Dominikową i z Szymkiem do karczmy napić się i przegryźć coś niecoś, bo było już dobrze po południu, i chociaż mu Dominikowa napomykała z lekka, że cała ta Jewczyna sprawa to musi być robota kowala, zięcia jego, nie mógł uwierzyć. - Co by mu z tego przyszło? - Tyla, żeby was pokłyźnić a podać na pośmiewisko i umartwienie. Drugi człowiek jest taki, że z jenszego la samej uciechy pasy by darł. - Dziwno mi tej zawziętości Jewczynej! Bom nie ukrzywdził w niczym, a jeszczem za chrzest tego jej bękarta dał dobrodziejowi worek owsa… - Służy ona u młynarza, a ten w kompanii z kowalem chodzi… miarkujecie?!… - Miarkuję, ino że nic rozeznać nie mogę! Napijwa się jeszcze! - Bóg zapłać, pijcie przódzi, Macieju! Napili się raz i drugi, zjedli drugi funt kiełbasy z półbochenkiem chleba, stary kupił rządek bułek dla Józi i zabierali się do powrotu. - Siadajcie, Dominikowa, ze mną, ckno samemu, pogwarzym… - A dobrze, ino skoczę jeszcze do klasztoru zmówić pacierz. Poszła, ale w dobre dwa pacierze już była z powrotem, i zaraz pojechali. Szymek wlókł się za nimi wolno, bo w jedną szkapę i piachy były srogie, ale rozebrało go nieco, że to nie był zwyczajny picia i oszołomiony sądem, to się ino kiwał sennie w półkoszkach i raz wraz przecykając zdzierał czapkę ze łba, żegnał się nabożnie i wpatrzony nieprzytomnie w ogon szkapy, jakoby w dziedzicową twarz na sądzie, mamrotał: "…Świnia matczyna, białna cała, a ino kiele ogona czarną łatę miała…" Słońce się już było przetaczało ku zachodowi, gdy wjechali w las. Mało wiele pogadywali, choć siedzieli w podle siebie na przednim siedzeniu. Czasem któreś zagadnęło jakimś słowem, że to nieobycznie siedzieć jak te mruki, ale ino tyla tego było, żeby śpik nie morzył i język nie zasechł… Boryna poganiał źróbkę, bo wolniła, że to już do pół boków spotniała z umęczenia i gorąca, czasem pogwizdał a milczał, i coś żuł, coś ważył w sobie, coś kalkulował i często a niewidnie poglądał na starą, na jej suchą kieby z blichowanego wosku twarz, całą w podłużnych bruzdach zastygłą - poruszała bezzębnymi wargami, jakby się modliła po cichu; czasem pociągała czerwoną zapaskę barzej na czoło, bo słońce świeciło prosto w oczy, i siedziała nieruchomo, ino jej bure oczy gorzały. - Wykopaliście ta już, co? - zagadnął wreszcie. - A juści. Obrodziły latoś niezgorzej. - Przychować będzie wama łacniej. - Wsadziłam też wieprzka do karmika, bo w zapusty może się zdać… - Pewnie, pewnie… mówiły, że Walek Rafałów przysyłał z wódką?… - Nie on jeden, nie… ale po próżnicy ino grosz tracą… nie la takich Jaguś moja, nie. Podniosła głowę i jastrzębimi oczami wpiła się w niego, ale Boryna, że człek był w latach, nie wicher żaden, to twarz pokazał zimną i spokojną nie do rozeznania. Długo nie rzekli ni słowa, jakby się tą niemotą mocując ze sobą. Borynie nijako było zaczynać pierwszemu, bo jakże, w latach już był i gospodarz na całe Lipce pierwszy; no i mógł to zasię tak prosto rzec, co mu się Jaguś udała?… Honor przeciech swój miał i pomyślenie - ale że krwie gorącej był z przyrodzenia, to aże go złość porywała, że musi tak baczyć na siebie, tak kołować a zabiegać. Dominikowa przezierała go coś niecoś i miarkowała zasię, co go tak markoci i rozbiera, ale ni słówkiem nie pomogła, ino raz wraz poglądała nań, to w ten świat i te dalekości niebieskie, aż i rzekła niechcący:
 
Twoja przeglądarka nie wspiera HTML 5 Canvas.
następny tekst
następna lekcja
Zadanie Wróć do testu
reymont-wladyslaw-stanislaw-chlopi-1-pl
reklama
zacznij pisać!
wykres ukryj